refleksyjnie

Marzenia uwięzionej jaskółki

150263217-352-k778730

 

Jestem z natury domatorką. Lubie w wolnej chwili wziąć do ręki ciekawą książkę, okryć się kocem, włączyć ulubioną muzykę i czytać. Lubię także pisać, rozmyślać, cieszyć chwilą. Samotność – choć źle się kojarzy –  jest potrzebna każdemu z nas. Umożliwia poznanie samego siebie. Pomaga nam uświadomić sobie nasze potrzeby i pragnienia.  Pozwala się wyciszyć, zrelaksować, zresetować. Odciąć. Żyjemy w takim tempie, że raczej rzadko możemy sobie na ten luksus pozwolić (przynajmniej tak było do niedawna, zanim koronawirus nie uwięził nas w domu).

 

Dziś jest inaczej. Mamy pandemię. Tak, to już się robi nudne i wkurza do granic, wiem. Ja także chciałabym w końcu wyjść z domu bez obawy, że się zarażę. Że mnie spiszą i wrzepią mandat na co najmniej 500. Ale jestem zbyt odpowiedzialna i bez potrzeby z domu nie wychodzę, choć czasem kusi. Jednak zaciskam zęby, biorę głęboki oddech , wzdycham i znowu zostaję w domu. Przynajmniej do czasu, aż zrobi się bezpiecznie. Koronawirus już mocno zmienił nasze życie. Zamknięte uczelnie, przedszkola, teatry, restauracje. E-edukacja. Praca zdalna. Mocno ograniczona możliwość przemieszczania się, organizowania spotkań, odwiedzania bliskich i przyjaciół. Zachorowań jest coraz więcej, podobnie jak zakazów (Dobrze, że chociaż oddychać nam wolno).  Szczyt zachorowań jeszcze przed nami. Nikt nie jest w stanie precyzyjnie określić, jak długo będziemy jeszcze walczyć z COVID-19. Kiedy ten koszmar się skończy. I właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze. Niewiedza i brak kontroli nad własnym życiem.

 

Kiedyś na pewno nastąpi koniec. I to jest dobra nowina. Ale do tego czasu musimy jakoś przetrwać. Uzbroić w cierpliwość i spokój… Nie ma co, koronawirus to nie tylko test naszej wytrzymałości psychicznej. To także egzamin z naszego człowieczeństwa. Ostatnio niemal całkowicie odcięłam się od wszelkich newsów dotyczących COVID. Mam dość oglądania kłócących się polityków, dla których ważniejsze od zdrowia i życia ludzi, są wybory i zachowanie dotychczasowego stanowiska. Miejsca przy korycie. Obrazki kolejnych zachorowań i zgonów przestały na mnie robić wrażenie. Uodporniłam się. Przestałam szkodzić własnemu zdrowiu psychicznemu. Zaczęłam myśleć o sobie. O tym, jak sensownie ten czas życia na uwięzi przeżyć. Odpowiedź w zasadzie przyszła do mnie sama. Jeden znajomy został bez pracy, więc zaczęłam mu tej pracy szukać. Ktoś inny potrzebował towarzystwa, głosu drugiej osoby, więc odpaliłam Skypa i tak podtrzymywaliśmy się wzajemnie na duchu przez kilka godzin. Kiedy doszła do mnie informacja, że Szpital Bonifratrów w moim mieście organizuje zbiórkę na potrzebne respiratory, bez wahania się włączyłam. To zmienia optykę mojego postrzegania życia w dobie koronawirusa. W miejsce dotychczasowej frustracji i bezradności, zaprosiłam nadzieję i zaangażowanie. Swoją uwagę skupiłam na zupełnie innych sprawach. Rzuciłam sobie wyzwanie: bez względu na to, jak się czujesz i w jakim jesteś położeniu, zrób coś dobrego dla innych. To moje nowe motto na ten trudny czas. Kto wie? Może właśnie taka postawa pozwoli mi przynajmniej dobrze zamknąć ten okres Wielkiego Postu i jakoś przetrwać te Święta?

 

Zmieniłam też swoje dotychczasowe zajęcia. W tygodniu problemu raczej nie będzie – praca zajmuje sporo czasu. Najtrudniej jest mi w weekendy. Dlatego ostro wzięłam się za czytanie ciekawych książek, na co zazwyczaj brakowało czasu. Teraz mam go aż nadto. W swój grafik wpisałam rzecz jasna czas na rozmowy z bliskimi, słuchanie ulubionej muzyki, ciekawy film oraz modlitwę. Dbam o to, by się porządnie wyspać. Robię to co potrafię i mogę. Jeśli nie mam na coś wpływu – zostawiam to Bogu. Bo cóż innego mi pozostaje? Nie mam wyjścia. Póki co, pozostaję w tej klatce. Marzy mi się spacer po lesie, wyjazd w góry, świetny koncert, wyjście do kościoła, teatru, gdziekolwiek… Chciałabym w końcu zobaczyć cudowny uśmiech Wyjątkowego. Poczuć jego zapach i czuły dotyk.(…)

 

Jeśli chodzi o ślub, obaw nie mam. Termin mamy w sierpniu, a do tego czasu sytuacja może się polepszyć. A nawet jeżeli nie, nic nam nie przeszkodzi. Najwyżej zrezygnujemy z wesela a pozostaniemy jedynie przy sakramencie małżeństwa, mszy świętej. A imprezę zrobi się w bardziej odpowiednim czasie….Może… W końcu liczy się jedynie to, aby być razem.  Kroczyć wspólnie tą samą drogą, ku nieznanej, ale pełnej nadziei przyszłości. Chcę wierzyć, że kiedyś jeszcze będzie pięknie… Przyjdzie taki moment,  w którym nasze klatki zostaną w końcu otwarte i każdy z nas znowu poczuje że żyje…Oby nastąpiło to jak najszybciej. A póki co, trzymajcie się kochani. Ratujcie jak i czym się tylko da. Nie dajmy się zwariować i nie traćmy nadziei na lepsze jutro!

 

 

 

 

 

Jedna myśl na temat “Marzenia uwięzionej jaskółki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s