kulinarnie

Trochę Ameryki w kuchni. Czyli w paru słowach o amarantusie.

Trwająca wciąż pandemia spowodowała, że zaczęłam się doszkalać w zakresie profilaktyki zdrowotnej, medycyny holistycznej czy ziołolecznictwie. Po co? Odpowiedź na to pytanie wydaje się oczywista: aby wzmocnić naszą naturalną odporność oraz podnieść standard zdrowia i życia. Uznałam, że skoro lekarze przestali leczyć pacjentów niecovidowych, to trzeba się jakoś ratować. Na owoce mojej edukacji nie trzeba było długo czekać. Bardzo szybko okazało się, że wiele cennych dla naszego zdrowia produktów spożywczych, ziół oraz przypraw jest niemal na wyciągnięcie ręki (i to za relatywnie niską cenę). A skoro tak, to może warto dać im szansę i przełamać kuchenną rutynę? :). Ten post stawia przed Wami otworem moje kulinarne inspiracje oraz doświadczenia, które zdążyłam wypróbować i które na stałe zagościły w karaczynkowym menu :). Jeśli powyższy wpis spotka się z Waszym zainteresowaniem, to wkrótce powstanie specjalna zakładka, w której będziecie mogli znaleźć resztę moich patentów na zdrowe, smaczne i niezwykle pożywne dania:). Moi drodzy! Na dobry początek przedstawiam Wam niedocenianą przez wielu skarbnicę zdrowia – amarantus (znany także jako szarłat). Dziś po raz pierwszy zagościł na moim talerzu i muszę Wam nieskromnie wyznać, że to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę :).

Amarantus (ziarna)

Zapytacie być może: ” a cóż to takiego?”. To niezwykła roślina pochodząca z Ameryki Południowej. Majowie, Aztecy i Inkowie uważali, że amarantus daje siłę i męstwo wojownikom. Do Europy trafił w XVI wieku jako roślina ozdobna, jednak z czasem odkryto jego liczne właściwości prozdrowotne. Tym sposobem odnalazł swoje zastosowanie także w kuchni. Szarłat znany był na długo przed odkryciem tego kontynentu przez Krzysztofa Kolumba. Jednak dopiero teraz, w XXI wieku, przeżywa swój renesans. Jego wartość odżywcza znacznie przewyższa pszenicę, jęczmień i żyto. Nasiona tego pseudozboża wyglądają dość niepozornie, jednak warto się przełamać i włączyć go do swojej codziennej diety.

Dlaczego?
Powodów jest naprawdę wiele, więc wymienię te najważniejsze:


1) To prawdziwe bogactwo witamin i aminokwasów.

2) jest idealny dla diabetyków (niski indeks glikemiczny), osób dbających o linię, z problemami układu pokarmowego (przyśpiesza metabolizm, poprawia pracę jelit) oraz rekonwalescentów

3) bogate źródło błonnika, wapnia, magnezu oraz witamin z grupy B.

4) zalecany dla kobiet będących w ciąży (zawiera on kwas foliowy, zapobiegający problemom z utrzymaniem ciąży oraz wspierający prawidłowy rozwój płodu), osób starszych czy zmagających się z niedokrwistością (zawiera bowiem łatwo przyswajalne żelazo oraz wapń)

5) obecny w szarłacie skwalen (właściwości antyoksydacyjne) według niektórych naukowców hamuje jelitowe wchłanianie kwasów żółciowych i cholesterolu w jelicie i wpływa na ich szybsze wydalanie z organizmu. Skwalen ma ponadto właściwości przeciwzapalne, przeciwbólowe i przeciwalergiczne oraz zwiększa odporność organizmu

6) szarłat to także naturalny antybiotyk, ma również udokumentowane działanie grzybobójcze.

7) zdrowe kwasy tłuszczowe zawarte w amarantusie wspomagają pracę serca, obniżają stężenie cholesterolu i trójglicerydów we krwi oraz sprawiają, że krew płynie bez zakłóceń przez naczynia wieńcowe – zapobiega to powstawaniu groźnych dla zdrowia i życia zakrzepów. Amarantus jest odpowiedni dla osób z nietolerancją glutenu oraz z celiakią. 100 gramów tego zboża pokrywa aż 30% dziennego zapotrzebowania na żelazo.


Brzmi zachęcająco, prawda?:)

Amarantus w towarzystwie zielonej soczewicy 🙂
Niesamowity duet:)
Eksperyment własny 🙂

Tak, moi kochani! To moje niepozorne dzieło. Wygląd może mało zachęcający, ale niebo w gębie. 🙂 Amarantus ma wiele możliwych zastosowań. W internecie można znaleźć mnóstwo ciekawych pomysłów na nietuzinkowe danie z dodatkiem tego zboża. Ja (z racji tego, że mój biedny małż jest po ekstrakcji zęba) postawiłam tym razem na zupę-krem. :). Pierwotnie składnikiem grającym pierwsze skrzypce miała być dynia hokkaido (o niej być może innym razem). A że jej nie dostałam, zmieniłam nieco skład na następujący:

BĘDZIECIE POTRZEBOWAĆ:

  • zielona soczewica (szklanka)
  • brokuł
  • ser feta (1-2 op., wg uznania)
  • pomidory (ja wzięłam cherry, ale możecie wybrać inne)
  • amarantus BIO (ekspandowany)
  • oliwa z oliwek
  • natka pietruszki
  • ulubione przyprawy

JAKIE WYBRAŁAM PRZYPRAWY?

  • kumin rzymski
  • rozmaryn
  • zioła prowansalskie
  • kurkuma
  • curry
  • bazylia
  • pomidory suszone plus czosnek
  • odrobinę pieprzu
  • słodka papryka
  • odrobina oregano


KROK 1:

Opłucz dokładnie brokuła, nastaw osoloną wodę w większym garnku. Na wrzątek wrzuć pokrojony w różyczki brokuł i gotuj do miękkości. Na końcu zblenduj i na chwilę odstaw.

KROK 2

Umyte i pokrojone na w miarę drobne kawałki pomidory (podobnie jak brokuła) zblenduj.

KROK 3

Soczewicę dokładnie opłukaj. Postaw wodę. Gdy zacznie się gotować, wrzuć soczewicę do garnka. Gotuj na średnim ogniu zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
Pamiętaj: soczewica wchłania wodę!
Przyprawy dodaj dopiero pod koniec gotowania! Inaczej utraci swoje prozdrowotne właściwości. Ja doprawiam ją najczęściej kuminem rzymskim, kurkumą, curry, ziołami prowansalskimi, rozmarynem (czasami tymiankiem). Idealnie podkreślają smak i aromat.

KROK 4

Wszystkie zblendowane wcześniej składniki przerzuć do większego garnka i gotuj na średnim ogniu (na oliwie) razem z pokrojonym w drobną kostkę serem feta oraz ziarnami amarantusa. Ja z racji zdrówka męża nie robiłam tego na bulionie. Zależało mi bowiem, by nie było to zbyt wodniste. Jeśli jednak danie wyjdzie ci za gęste (co oczywiście może się zdarzyć, gdyż soczewica pęcznieje podczas gotowania i wchłania wodę, pijawica jedna) – rozcieńcz odrobiną wody (ewentualnie bulionem). Ja tak robiłam na początku mojej kulinarnej przygody (czytaj: zanim nabrałam doświadczenia). Ten prosty zabieg nieraz uratował mój obiad przed wyrzuceniem go do kosza :). Doprawiaj według uznania. Ja zawsze doprawiam ,,na oko”. Czysto intuicyjnie. Na koniec dodaj nieco zieleniny (np. natki pietruszki, szczypiorku czy listków bazylii). Można też delikatnie zabielić całość jogurtem naturalnym (ja nie zabielałam).

GOTOWE! 🙂

Można podawać :). Smacznego! Mój kulinarny eksperyment okazał się udany:). Ciekawa jestem, jak Wam wyjdzie :). U nas wyszło po prostu GE-NIAL-NIE! :). Zszedł niemal cały garnek:). Brawo My! 🙂

Linki źródłowe:

https://www.frisco.pl/pid,86209/n,dobra-kaloria-amarantus-ekspandowany-bio/stn,product

https://stronazdrowia.pl/amarantus-wlasciwosci-zdrowotne-i-wartosci-odzywcze-szarlatu-jak-gotowac-amarantus-i-jak-go-jesc-czy-amarantus-ekspandowany/ar/c14-14953938

https://www.poradnikzdrowie.pl/diety-i-zywienie/co-jesz/amarantus-wlasciwosci-i-przepisy-aa-3xnJ-2fRp-1EBX.html

4 myśli na temat “Trochę Ameryki w kuchni. Czyli w paru słowach o amarantusie.

  1. Kiedyś trafiłam na opinię, że nasi przodkowie odżywiali się bardziej urozmaicenie (nie do końca mnie to przekonuje, bo niby jak to było możliwe za czasów wojny na przykład) i dlatego czuli się lepiej, bo dostarczali więcej rodzajów składników. Amarantus na pewno jest dobrym uzupełnieniem naszej nudnej diety mięcho-ziemniak-ryż-makaron-ryba-warzywo jaką monotonnie praktykujemy. Kiedyś go już jadłam (głównie jako mąka do wypieków), chyba muszę z powrotem po niego sięgnąć.

    Polubienie

  2. Na razie wyregulowaliśmy tym sposobem pracę układu trawiennego oraz pokarmowy (praca jelit) :). A przecież niektóre dania wprowadziłam stosunkowo niedawno do jadłospisu. Rewelacja 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s