warte uwagi

Oblicza miłości – klosz (2)

Dawno nie publikowałam nic nowego.  Sporo zajęć, życiowe zmiany, chaos myśli, huśtawka zdrowotna. W takim stanie ciężko cokolwiek napisać. Jednak dziś spróbuję odsłonić przed Wami kolejne oblicze miłości. Post będzie traktować o miłości rodziców do dziecka. Miłości źle pojmowanej  i okazywanej –  miłości, która krzywdzi. Rodzicem co prawda nie jestem (może to i lepiej), jednak jedną z dziedzin ludzkiego życia , jaką się interesuję – jest psychologia. Będzie to zatem moje spojrzenie na pewien aspekt wychowania dziecka i przystosowywania go do życia społecznego. A słowem – kluczem dzisiejszego tematu będzie klosz.

 

ceiling-470763_1280

 

Wychowanie „pod kloszem” kojarzy mi się ze szklarnią cieplarnianą, która odpowiednio zbudowana i usytuowana – zapewnia roślinom dobre warunki do uprawy roślin, chroni je przed negatywnymi warunkami atmosferycznymi i zapewnia wyższą o parę stopni temperaturę niż panująca na zewnątrz. Rośliny znajdujące się w szklarni rosną sobie w komfortowych warunkach. Dzięki panującemu w niej mikroklimatowi, rośliny lepiej się rozwijają i dają bardziej obfite plony. Powyższy opis w jakimś stopniu  możemy przełożyć na wychowanie dziecka. Każdy normalny rodzic obdarza swoją pociechę miłością, bliskością, opieką. Mając świadomość licznych zagrożeń czyhających na dziecko, jeśli tylko na chwilę stracimy je z oczu – chuchamy nań i dmuchamy, by je przed złem ochronić. To jest piękne i jak najbardziej normalne. Problem pojawia się wówczas, kiedy aby to dziecko chronić – odseparowujemy je od świata, od otoczenia, od trudów codziennego życia. Zamiast tego – chowamy je pod kloszem. Fundujemy mu życie w szklarni (oczywiście w przenośni). Nadopiekuńczy rodzic już od najwcześniejszego okresu życia usuwa wszelkie przeszkody stojące na drodze swojego dziecka, codziennie wyręcza malca w prostych czynnościach: karmi go, żeby się nie zachlapał i zjadł, póki jest ciepłe; myje, żeby nie zalał łazienki; ubiera, rozbiera, sprząta zabawki, itp. Do pewnego momentu jest to całkiem dobra postawa – dziecko czuje się przy nas kochane i bezpieczne. Jednak bardzo często zapominamy, że dziecko rośnie,  a nas kiedyś zabraknie. A skoro we wszystkim od małego dziecko wyręczamy (blokując tym samym jego prawidłowy rozwój, samodzielność życiową) – jak to dziecko odnajdzie się w dorosłym życiu, kiedy nas – rodziców zabraknie?.

W tę pułapkę wychowawczą wpada naprawdę wielu rodziców. Moi także jej nie uniknęli. Oczywiście, w pewnym momencie przyszła świadomość i zrozumienie w przyjęciu przez moich rodziców takiej właśnie postawy, jednak nie da się ukryć: mimo pięknych intencji i autentycznej miłości jaką od nich otrzymywałam – wyrządzili mi nieświadomie wielką krzywdę. Złych owoców ujrzałam w tej mojej szklarni naprawdę sporo.: Życie oparte na ciągłych nakazach i zakazach (i automatycznie wgrany w pamięć system kar i nagród) wypaczył mi pojęcie miłości. Wzrastając według tego schematu żyłam w przekonaniu, że na ich miłość muszę sobie zasłużyć. Odseparowana od rówieśników, pod ścisłym nadzorem – czułam się inna, odizolowana, życiowo uboższa. Oczywiście, potrafiłam sobie to moje szklarniane życie umilić (choćby przez zainteresowania, naukę, rozmyślania itp.). ale ciągle czułam, że to nie jest prawdziwe życie. Lęki moich rodziców udzielały się i mnie. Wyręczana praktycznie we wszystkim – czułam się niepotrzebna i po prostu do niczego. Ale co zrobić? Jak dziecko ma się czuć, jak znaleźć w sobie siły i chęci do walki o siebie, gdy słyszy od rodziców komunikaty w rodzaju:

 

  • Daj, ja to szybciutko zrobię za Ciebie!
  • Co ty robisz? nawet tego nie potrafisz dobrze zrobić? jesteś beznadziejny. Skaranie boskie z tobą!
  • Co z ciebie wyrośnie?!
  • A nie mówiłam!
  • Impreza u Ani? Nocowanie poza domem? Zapomnij!. Najpóźniej o 22 widzę cię w domu.
  • Ale jesteś tępy.
  • Przecież Cię ostrzegałam!

 

Takie słowa zostawiają mocny ślad w życiu młodej osoby. Ślad, który ciężko wymazać z pamięci. Ja w którymś momencie się obudziłam. Poczułam, że się duszę, że chcę żyć inaczej, po swojemu. Chcę sama wybierać kierunek studiów, miejsce pracy, czy znajomych. Chcę sama dokonywać wyborów, choćby miały się one okazać błędne. (podobno na błędach człowiek się uczy). Chcę już wyjść z tej szklarni. Nieważne, jak jest na zewnątrz: czy pada, czy jest niesamowicie gorąco. Chcę tego doświadczyć i poczuć na własnej skórze. Chcę się z tym zmierzyć! (….)

PS. Jest dobrze, choć wciąż niełatwo. Każdego dnia zaczynam uczyć się życia na nowo, walczę ze swoimi demonami, staram się w wielu sprawach przełamywać, wykraczać poza znane mi schematy. Poznaję siebie. Na koniec mały apel do dorosłych. Kochani: nie chowajcie swojego dziecka pod kloszem! To nie jest dobre rozwiązanie. Konsekwencje takiej postawy mogą wywołać wiele skutków ubocznych waszej rodzicielskiej miłości. Być może nie jesteście tego świadomi, ale chowając dziecko „pod kloszem” – zabijacie w nim własne „ja” i wychowujecie człowieka z niskim poczuciem wartości, nieśmiałego, zalęknionego, pozbawionego wiary w siebie, samotnego, za to z dużymi oczekiwaniami wobec świata.(…).

 

 

 

 

 

Reklamy
refleksyjnie

Oblicza miłości (cz.1).

***

Ona…

W oczach mężczyzn – niezwykle atrakcyjna, pociągająca. Zazwyczaj ubrana w dżinsy, sweterek (bądź cardigan ) i wygodne buty na niezbyt wysokim obcasie. Włosy rudawe, kręcone, luźno upięte w kok. Sprawiała wrażenie wycofanej, nieśmiałej, zamyślonej… Singielka, coraz bardziej pogodzona ze swoim losem, choć czasami tęskniąca jeszcze za miłością….W końcu któż z nas nie pragnie kochać i być kochanym? Codziennie jej Alter – Ego mówiło do jej serca: „Kobieto, daj spokój. Faceci to dranie. Ich nie należy kochać. Oni nie są zdolni do uczuć wyższych. To egoiści ” (..)

Rzeczywiście – nie miała szczęścia do mężczyzn. Swą pierwszą miłość poznała na ULICY. Pewnego razu, wracając do domu – została potrącona na jezdni przez motocyklistę, który pozostawił ją samej sobie uciekając z miejsca zdarzenia. Jednak ktoś zauważył całe zajście i wezwał karetkę. Jej wybawca odwiedził ją kilka razy w szpitalu. Tak się zaczęło. Dzieliła ich odległość, więc pisali do siebie. Z czasem zaczęli się odwiedzać w weekendy. Trwało to kilka miesięcy. Było pięknie, dopóki nie zaczął naciskać na seks. Ona jednak uparła się, że chociaż go szczerze kocha – zachowa dziewictwo do ślubu. Jak można się łatwo domyśleć – jemu ten pomysł się nie spodobał. Kochał ją, ale niestety nie wytrzymał. To był jego jeden jedyny skok w bok, który zakończył się bliźniaczą ciążą jego kochanki oraz ślubem.

Drugiego poznała w swojej pierwszej pracy. Był miły, zawsze uśmiechnięty, otwarty, wzbudzał zaufanie. Pomagał, gdy zepsuł się komputer (w końcu był informatykiem). Zostawiał pod jej  nieobecność w biurze anonimowe liściki, wyznania przyjaźni, miłości. W końcu zaczął ją śledzić, nachodzić, wydzwaniać, grozić. Twierdził, że nikt jej nie kocha i nie pokocha tak jak on. Mało tego: nikt poza nim nie ma do niej żadnych praw . Ona bała się własnego cienia. Koleżanki zazdrościły jej takiego adoratora , znały bowiem tylko jedno jego oblicze. Przeżyła prawdziwy koszmar. W końcu zgłosiła jednak sprawę na policję i dał jej spokój. A kiedy wydawało jej się, że los się do niej uśmiechnął – okazało się, że była jedną z wielu. Wtedy przysięgła sobie, że już nigdy się nie zakocha. Nie zaufa…. Aż w końcu pojawił się ON.

 

ON…

Mężczyzna w jej wieku, po przejściach, który przysiągł sobie dokładnie to samo. Dość atrakcyjny, wysoki, niebieskooki. Miał w sobie to „coś”, co trudno do końca zdefiniować, a co przyciągało do niego kobiety. Z żadną nie był dłużej niż miesiąc. Traktował kobiety, jak myśliwy upolowaną przez siebie zdobycz. Zdobywał i porzucał. Gdy jakaś kobieta go pokochała, gra w króliczka dobiegała końca. Znajomość także. On nie lubił jak kobieta była łatwa. Pociągała go sama gonitwa, zdobywanie, zabawa, seks. Nie obchodziły go żadne związki, żadne wchodzenie w układy partnerskie. Ślub? Nigdy w życiu! Nie miał zamiaru uczynić ze swojego życia piekła , jak jego matka, która poślubiła jego ojca – alkoholika. Do pewnego momentu nawet im się układało. Jednak kiedy ojciec stracił pracę – zaczął ostro popijać. On miał wtedy 6 lat. Ojciec szybko wpadł w ciąg, totalnie go wzięło. I zaczęło się. Awantury, przychodzenie nad ranem, bicie, groźby, wzywanie policji od czasu do czasu. Jak miał piętnaście lat – postawił się ojcu, pobił go – w obronie matki oraz własnej. Były momenty, kiedy ojciec zapewniał: obiecuję, zmienię się, pójdę na odwyk, przestanę pić, znajdę pracę. Kończyło się jak zwykle: po każdej rozmowie o pracę – jego ojciec przychodził schlany. A ON? coraz częściej nocował poza domem, u kumpla lub kolejnej kochanki.(…)

Któregoś dnia, z głupoty i nudów wszedł na czat. Wymyślił sobie ciekawy nick i czekał na rozwój wydarzeń nie spodziewając się, że znajdzie się jakaś głupia, która do niego napisze. Znalazła się. Singielka o rudawych, kręconych włosach, tęskniąca za miłością. Księgowa…Wymienili się numerami, umówili przed pewną kawiarnią, gdzie ku wzajemnemu zaskoczeniu spędzili razem kilka godzin.Trudno im było się pożegnać. A przecież obiecywali sobie, że już nigdy…Ale serce nie sługa. Strzała kupidyna trafiła w oba serca. I wtedy zaczęły się schody. Bo ona była z tych kobiet, które pragną i kochają za mocno. On natomiast nigdy nie poznał, czym jest naprawdę miłość. Mając wszystkie swoje złe doświadczenia z kobietami – zaczął grać na jej emocjach, sprawdzać, testować. Uderzał w jej słabe strony. Strzały były celne i bardzo bolesne. Co jakiś czas przybierał maskę faceta kochającego, opiekuńczego, do rany przyłóż, by przy następnej okazji zadać cios. Odwoływał spotkania, tworzył niestworzone historie, jak to jakaś inna chciała go uwieść, ale on taki kochający, taki wierny. Komplementował przy niej urodę i powab innych kobiet, co jest czymś nie do wybaczenia. Dochodziło coraz częściej do kłótni i cichych dni (jego zdaniem to ona była oczywiście wszystkiemu winna: bo zazdrosna, na smyczy trzyma, czepia się).

Mijały miesiące. Im bardziej On był okrutny, tym więcej miłości Ona mu dawała. Służyła mu przede wszystkim radą, obecnością, emocjonalnym wsparciem. Mówiła mu od czasu do czasu, jak bardzo go kocha i że dla niej jest kimś naprawdę wartościowym. Że jest dumna z takiego mężczyzny. On nie dawał wiary słowom. Ona natomiast zaczęła łapać doła. Zdawała sobie coraz bardziej sprawę z tego, że ten związek jest bez sensu, bez żadnej przyszłości. Jednak nie potrafiła tego przerwać. Nie miała w sobie dość siły. Poza tym Ona naprawdę wierzyła, że jej miłość może odmienić jego serce, sposób w jaki ją traktował. Z każdym dniem miała coraz mniej chęci i sił , by walczyć o niego. Zrozumiała, że nie da się kochać za dwoje. Sama miłość to za mało. Postanowiła to zakończyć. Stwierdziła: lepiej utracić miłość , niż szacunek do samej siebie (…).

Pewnego dnia umawia się z nim do centrum handlowego na wspólne zakupy (choć niczego tak naprawdę nie zamierza kupować). Rozmawiają na różne tematy. W pewnym momencie On rzuca jeden z tych swoich żartów, które wcale nie są zabawne. Z trudem powstrzymuje się, żeby mu nie odbić piłeczki. Oddycha szybko. Jest wzburzona. Usiada na pobliskiej ławce. On także. Wtedy Ona spokojnym, ale zarazem stanowczym głosem oświadcza mu: TO KONIEC. On nie bierze tego na poważnie. Takie „jazdy” (tj kłótnie i ciche dni nawet do tygodnia czasu) mieli często. Ale ona podnosi się z ławki, a On rozumie, że tym razem Ona nie żartuje. Ona naprawdę odchodzi.

O miłości można by mówić wiele. Często jej poszukujemy, a ona przychodzi ukradkiem, z zaskoczenia i często nie w porę. Tak właśnie było w przypadku tych dwojga. Zadała obojgu wiele cierpienia. Wywróciła ich życie do góry nogami. Jednak obojgu dała bardzo cenną lekcję: on zrozumiał, że choć ciężko znaleźć swoją bratnią duszę, jest to możliwe. Jest inna miłość niż ta wyniesiona z rodzinnego domu, która pełna była alkoholu, przemocy, lęku, poniżania, wstydu i bólu, którego nie da się wypowiedzieć. Ją ta niespełniona miłość nauczyła, że nie da się kochać za dwoje i że nie warto dawać wszystkiego na tacy. Tak wielka otwartość i dawanie siebie tej drugiej osobie  jest bardzo ryzykowna, gdyż czyni nas bezbronnym, naraża nas na zranienia. By móc budować zdrowe i trwałe relacje, trzeba zacząć od pokochania samej siebie. To prawda, że nasze uczucie może zostać nie odwzajemnione. Jednak mimo wszystko – warto kochać.

***HISTORIA OPARTA MA FAKTACH. WPIS POCHODZI Z MOJEGO BLOGA NA ONET.PL

refleksyjnie

Myśli kilka o ŚMIERCI

Dawno mnie tu nie było…sporo się działo i wciąż dzieje. Styczeń 2018 r. obfituje wieloma niespodziankami. Nie mogę tego wszystkiego ogarnąć. Czuję się tak, jak gdybym wkroczyła w zupełnie inny, nieznany mi dotąd świat, który uczy mnie jak żyć. Pozwala mi odkryć i poznać siebie na nowo. Jakkolwiek to brzmi, tak właśnie jest. Zaczynam spoglądać na siebie i historię mojego życia z zupełnie innej strony. Ale o tym może innym razem. MOŻE, gdyż Pan Wyjątkowy tu czasem zagląda i wolę póki co uważać na słowa. Jednak mogę Wam zdradzić, że czuję się niesamowicie, niewyobrażalnie SZCZĘŚLIWA.(…).

 

 ***************

Otwierając dzisiejszą pocztę e-mailową przeczytałam komunikat, że portal Onet – na prośbę blogerów – wydłużył czas zarchiwizowania naszych wpisów i możliwość przeniesienia się na inne platformy do końca lutego.Zerknęłam zatem w swoje archiwalia i postanowiłam przytoczyć swój jeden dawny wpis. Na  pamiątkę – bym mogła do niego kiedyś powrócić i zobaczyć, jak się zmieniałam. I wreszcie dla Was, ku refleksji. Temat do łatwych i lekkich nie należy, ale czy tego chcemy czy nie – nie sposób od niego uciec. Mowa o Śmierci, przemijaniu, kruchości naszego życia. Inspiracją do jego napisania było odejście mojej ukochanej babci 1.11.2017 r. Post zamieszczam w postaci cytatu:

 

Listopadowy miesiąc jest specyficzny. Pełen nostalgii, melancholii, refleksji…. To właśnie wtedy odwiedzamy cmentarze, będące miejscem spoczynku naszych najbliższych: rodziny, przyjaciół… Widzimy ich postaci, całe ich życie, wszelkie dobro, jakie nam ofiarowali. I w duchu pytamy siebie: dlaczego odeszli, pozostawiwszy nas tutaj, na tym łez padole? Przynosimy im kwiaty, wieńce, piękne znicze, modlitwę. Oraz to, czego nie zdążyliśmy ofiarować im za życia: Swoją miłość, którą tak trudno nam było okazać. Podziękowania. Wspomnienia. Przeprosiny oraz wybaczenie wszystkich zadanych nam ran. To, co skrywaliśmy głęboko w sercu. SIEBIE… Wierzymy , że gdziekolwiek są – już nie cierpią, lecz cieszą się radością i pokojem. I tylko płonące znicze są dla nas symbolem ich obecności pośród nas. Bo chociaż ciało zostało pochowane (bądź skremowane) – oni naprawdę są z nami. Są bliżej, niż nam się wydaje: w naszym sercu.

*******************

Rzadko myślimy o śmierci, choć jest ona nieunikniona. Prędzej czy później zapuka do naszych drzwi. Jest ona dla nas tajemnicą, misterium. Nie wiemy, kiedy się jej spodziewać, jak na nią przygotować siebie i naszych bliskich. To trudna dla nas rzeczywistość. Śmierć kojarzy nam się tylko i wyłącznie z bólem, cierpieniem, strachem, samotnością, utratą. Śmierć to gwałt zadany życiu, to jego kres. I chociaż boje się śmierci – jak większość ludzi – wierzę, że to nie koniec. Że jest coś więcej. Wierzę mocno, że śmierć jest dopiero początkiem prawdziwego życia. Jest jakby przedsionkiem wprowadzającym nas w nową rzeczywistość. Tą rzeczywistością jest zbawienie, nowy Dom, którym jest Niebo. To na pewno niezwykle cudowne miejsce, które czeka na każdego. Wybór należy do nas.

*************************

Mimo, że spotykamy się ze Śmiercią co dzień – wciąż się Jej boimy. Ma ona wiele twarzy. Umiera wieloletnia przyjaźń (u mnie tak się zdarzyło). Wypalamy się zawodowo. Niekiedy wygasa miłość we wzorowych małżeństwach z naprawdę długim stażem. Miewamy myśli samobójcze, tracimy sens życia. To także pewien rodzaj obumierania. Zdarza się, że niektórzy ludzie przeżywają śmierć kliniczną i wracają do nas. Niewiele wiemy o tego rodzaju śmierci, ale słyszymy opisy przeżyć z nią związanej: tunel, światło itp. Największy lęk budzi w nas śmierć cielesna oraz poczucie osamotnienia i wewnętrznej pustki. Tymczasem istnieje o wiele gorszy rodzaj śmierci, której powinniśmy się obawiać: śmierć duchowa. A mówiąc prościej – odłączenie od Bożej miłości . Wieczna samotność. Potępienie. Piekło.

************************

Moja Ś.p. babcia – bardzo często opowiadała mi o śmierci. O tym, że kiedyś odejdzie. Denerwowało mnie to , bo ileż o tej śmierci można? To w końcu taki dołujący temat. Wiem, że kiedyś umrze każdy z nas, ale po co to rozstrząsać? Raczej nie mamy na to wpływu, więc żyjmy tu i teraz: Carpe diem!. Co ma być – to będzie! Ale dziś wdzięczna jej jestem za to oswajanie mnie ze śmiercią. Pomogły mi te nasze trudne i szczere do bólu rozmowy, pomogła także wiara. Dzięki temu – kiedy babcia faktycznie umarła – na pogrzebie mogłam dotrzymać danej jej obietnicy: nie uroniłam ani jednej łzy, kiedy spuszczano trumnę. Było tak, gdyż patrzyłam już na tę drugą rzeczywistość – dla nas nieznaną, zakrytą. Wystarczyło mi to, że już nie cierpi. Że jest tam. Z NIM. Z Bogiem.(….)

*********************

Może zaskoczę Was tą myślą, która zmierza do puenty – ale powiem to: śmierć w kontekście czasu i ziemskiej egzystencji jest czymś cudownym, wręcz zbawiennym. Dlaczego? Ponieważ pomaga nam to życie szanować, wartościować. Gdyby nie było perspektywy śmierci, to nie szanowalibyśmy życia, nie potrafilibyśmy docenić tego, co życie daje nam każdego dnia. Gdyby nie było perspektywy śmierci w naszym życiu, to nie stanowiłoby ono żadnej wartości!. Zatem Śmierć jest dla nas pewnego ro­dzaju „szkołą” , która uczy nas jak ŻYĆ. Jest błogosławieństwem. Często nami wstrząsa, porusza , kruszy nasze serca. Ale przede wszystkim – pomaga nam – tak bardzo zabieganym – zwolnić, zatrzymać się i zadać sobie czasami pytanie: QUO VADIS? (…)

PS. Z racji, iż ONET kasuje blogi, postanowiłam ten post przenieść tutaj. Pomyślałam, że po prostu warto.(…).

PS. 2. Jak dobrze jest wrócić! Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

kobieco

SOUL MATE, CZYLI BRATERSTWO DUSZ

Korzystając z prawie dwugodzinnej przerwy w zabiegach, pisze ciąg dalszy moich obecnych wydarzeń i przeżyć. Łatwo nie będzie, bo dzieje się dużo i naprawdę nie wiem od czego właściwie zacząć. Przyjeżdżając tutaj byłam pełna obaw i negatywnych myśli : jak ja wytrzymam te trzy tygodnie,  otoczona seniorami , odcięta od rodziców i przyjaciół .Tymczasem okazało się, że na turnusie nie brakuje także osób w moim wieku a nawet młodszych. Z większością zdążyłam się już zintegrować. Wieczorami spotykamy się w sanatoryjnej kawiarni i fundujemy sobie nawzajem sporą dawkę śmiechu. Lecą takie teksty, że głowa boli. Kilku mężczyzn wysyła mi sygnały swojego zainteresowania moją osobą, lecz ja to ignoruję. JEST to miłe, nie powiem. Jednak ubiegł ich wszystkich ów KTOŚ i muszą się z tym pogodzić. Nawiasem mówiąc – zdążył odwiedzić mnie dwukrotnie, czym sprawił mi wielką radość….

Im bardziej go poznaję, tym bardziej jestem zdumiona. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę spotkać kogoś, z kim łączy mnie nie tylko ta sama pasja, ale także życiowe doswiadczenia, upodobania czy priorytety. Wystarczy wymiana spojrzeń by wiedzieć, co kryje się w naszym wnętrzu. Zupełnie, jak byśmy robili sobie nawzajem ekg naszych serc. Brzmi to niewiarygodnie nawet dla mnie, ale tak właśnie jest. Mogłam po raz kolejny przekonać się o tym wczoraj. Było to dla mnie doświadczenie tak mocne, że w mojej głowie pojawiła się myśl: ”minęłaś się z powołaniem dziewczyno”. Momentami mam wrażenie , że wiele par z kilkuletnim stażem  – nie zdołało się aż tak dobrze poznać  jak my.

Kiedy tak analizuję te wszystkie sytuacje- nasze spotkania, rozmowy – myślę sobie: ” nossszz nie ma na to wszystko innego wytłumaczenia jak braterstwo dusz. ” Już podczas mojego pierwszego z nim spotkania coś poczułam. Potem okazało się , że mamy wiele wspólnych tematów , świetnie mi się z nim rozmawia. Nawet poczucie humoru ma takie samo. Dopiero niedawno nasza relacja zaczęła nabierać rozpędu , a ja mam wrażenie , że znamy się jak łyse konie. Z mojej strony dochodzi także wyczuwanie jego emocji i potrzeb na odległość, co jest dla mnie po prostu kosmiczne. Nie rozumiesz dokładnie dlaczego, ale pojawia sie myśl ” tęskni / ma problem/ jest zestresowany,smutny/ chciałby pogadać lub dostać od ciebie ciepłego smsa itp.”  Po prostu nadajemy na tych samych falach energii. Nasze spotkania – jeśli do nich dochodzi – zawsze są ciekawe i pełne radości. COŚ TAKIEGO ZDARZA MI SIĘ PO RAZ PIERWSZY I JEST TO PO PROSTU MEGA-CUDOWNE. Życzę Wam, byście doświadczyli czegoś takiego. By życie postawiło na waszej drodze BRATNIĄ DUSZĘ.

 

refleksyjnie

Dzieje się….

Długo nie pisałam, jednak mam na to mocne usprawiedliwienie. Po pierwsze – przebywam obecnie w sanatorium, gdzie lekarze i rehabilitanci próbują pomóc mi wrócić do pełni sił po przebytej w sierpniu ubiegłego roku – dość skomplikowanej operacji kolana. Czasu tylko dla siebie praktycznie nie mam, a nawet jeśli znajdę chwilę, to brakuje dobrych warunków aby coś nowego napisać. Po drugie – zachodzą w moim życiu spore zmiany. Mają miejsce takie wydarzenia, których po prostu nie da się ogarnąć. Są one niezwykłe, zaskakujące i niewiarygodnie piękne. A wszystko to za sprawą kogoś naprawdę niezwykłego. Wkroczył niespodziewanie do mojego świata, wnosząc ogrom ciepła i radości. Więcej nie zdradzę w obawie, że gdy tutaj wpadnie – dowie się zbyt wiele. Ale wewnątrz mnie naprawdę się dzieje. 😉 Myślę więc, że to w jakiejś mierze tłumaczy brak nowych wpisów a także moich odwiedzin u Was. Ale spokojnie , jakoś to nadrobię! Tymczasem pozdrawiam was serdecznie i korzystając z chwili ciszy i nieobecności mojej przesympatycznej współlokatorki – idę odpocząć. Ciąg dalszy być może nastąpi….